Jako samozwańczy i nieautoryzowany fan 125-tek dostałem od naczelnego iAuto zlecenie: przetestować Hondę Forzę 125/ABS.
Nieco się skrzywiłem, jako że specjalnym entuzjastą skuterów nie jestem. Grymas się jeszcze bardziej pogłębił gdy usłyszałem drugą część zadania.
Plusem za to jest oświetlenie skutera. Wyposażona jest w ledowe, absolutnie fantastyczne lampy. Nie ma szans, by ktoś nie zauważył nocą naszego trans-Forzera. Światło reflektorów nie rozprasza mroku. Zwyczajnie je tnie i szatkuje. Noc umyka w popłochu.
Motocykl wyposażony jest w owiewkę. Regulowaną w banalnie prosty i wygodny sposób, można jej wysokość zmieniać jedną ręką, nawet w trakcie jazdy. Jest na tyle skuteczna, że przy moich niezbyt wybujałych 176 cm, podczas jazdy nie musiałem specjalnie się pochylać, by mnie całkowicie zasłoniła przed deszczem czy wiatrem.
Miał to być tzw. niedzielny wypad. Ot, przejażdżka. Nie spieszyłem się zatem z wyruszeniem w drogę. Przed południem zapakowałem niezbędne graty do „schowka” (głównie foto, przeciwdeszczową kurtkę i coś do picia) i nieobciążony plecakiem (czy już mówiłem, że ten bagażnik jest fantastyczny?) ruszyłem w nieznane. Powiedzmy sobie wprost: po dotychczasowych moich doświadczeniach z 125-kami, miałem niejakie obawy ruszając w drogę. Na południe z Warszawy można wyjechać na dwa sposoby. Albo pchnąć się szybką gierkówką, albo pomknąć bocznymi drogami. Skąd obawy? Motocykle na kategorię B nie grzeszą specjalnie mocą i szybkości przez nie rozwijane nie pozwalają (generalnie) bezpiecznie i komfortowo przemieszczać się drogami szybkiego ruchu. Każdy tir i autobus mogą serce w galopadę wpędzić, zaś potoki potu spływające po plecach też do przyjemnych nie należą. Chyba że silnik generuje maksymalną dopuszczalną prze polskie prawo liczbą koników. Sprawdziłem zatem dane techniczne Forzy – 15 kucy jak w twarz strzelił. Jeszcze pytanie, jak ta automatyczne skrzynka przełoży je na prędkość? Motorek przyspieszał całkiem sprawnie w mieście, ale co w z prędkością maksymalną i, co ważniejsze, podróżną w trasie? Zaryzykowałem i wybór padł na ekspres. I nie żałowałem ani chwili.
15 koników Forzy, to rumaki pełnej krwi, nie jakieś pociągowe, ochwacone chabety z pokładu Idy. Pozwalały mi na spokojne i bezstresowe rozpędzenie „Rosynanta” do 120 km/h (niby chce jechać więcej, ale że zaczynało się czerwone pole na zegarach, to nie sprawdziłem ostatecznie ile jest w stanie Honda wycisnąć), utrzymywanie zaś prędkości podróżnej w okolicach przyzwoitej setki, to czysta frajda. Zwłaszcza w połączeniu ze wspomnianym wcześniej, stosunkowo twardym zawieszeniem.
Było dobrze na trasie, ale zaczęło się robić świetnie gdy wreszcie zjechałem z krajówki i wbiłem się na drogi lokalne wijące się wśród dolin i wzgórz Gór Świętokrzyskich. Skuter składał się w zakrętach jak rasowy motocykl, bez tendencji do nad- czy podsterowności. Przyspieszał bez ociągania i przerw w mocy. Czym czasem w niemałe osłupienie wprawiał kierowców wyprzedzanych aut. Mnie zaś tym samym sprawiał wyjątkową przyjemność. Doskonale sprawiały się hamulce. Oba tarczowe i ABS. I w przeciwieństwie do kilku skuterów, które już miałem okazję „pomacać” hamowanie lewą dźwignią dawało poczucie całkowitej kontroli nad pojazdem.
No i te widoki. Przepraszam. WIDOKI!
Nie dość, że drogi wiodące miedzy masywem Chęcin, a Kielcami są świetnej jakości (polecam z czystym sumieniem każdemu motocykliście), to jeszcze otaczające je krajobrazy powodują, że jazda tam to czysta i niczym nieskrępowana radość dla oczu i ducha.
Nie trzeba szukać w Toskani czy innej Słowenii tego, co jest bardzo blisko. Znalazłem też swój młyn. Jedyny wiatrak typu holenderskiego w Polsce. Konkretnie w Szwarszowicach. Piękny budynek należący do Muzeum Ziemi Kieleckiej. Opiekuje się nim prawnuk budowniczego. Przesympatyczny starszy pan i też motocyklista, choć z racji wieku, już były. Pozdrawiam go serdecznie i na pewno jeszcze go odwiedzę, by wnętrze młyna obejrzeć i historii pradziadka w pełnej wersji wysłuchać.
Nie ukrywam, że do stolicy wracałem niechętnie, ale mus, to mus (Żona Moja zadzwoniła, że na zakupy czas jechać, więc sami rozumiecie). Około 19 byłem już w domu. Niespecjalnie nawet zmęczony. Zdążyłem jeszcze po bułki i mleko skoczyć. Na „TransForzerze” oczywiście!
Materiał powstał we współpracy z: