0

Miejska komunikacja – bunt Gocławia

Gocław
fot. Warszawikia

Na potężną awanturę nie trzeba było długo czekać. Gdy bowiem, po pożarze Mostu Łazienkowskiego, wszystkie niemal autobusy z Gocławia skierowano na Most Poniatowskiego – prawie od razu mieszkańcy zaczęli wskazywać, iż część ruchu pasażerskiego należy poprowadzić Mostem Siekierkowskim.

Bo dla tych, którzy pracują na Mokotowie jazda przez centrum, to jak wyprawa do Gdańska przez Kraków.

Uwagi zostały złożone. Ale nikt się do nich nie odniósł.
A kilka dni później ruszyła II linia metra i koszmar się pogłębił, bo cała miejska komunikacja została metru podporządkowana. No i ludziom zaczęły puszczać nerwy.

Być może, gdyby nie szereg już dokonanych zmian komunikacyjnych (jeszcze przed pożarem i otwarciem metra), jakoś można by się było pogodzić z tym, co się dzieje. Ale niestety proces niszczenia miejskiej komunikacji – wiecznych zmian tras, skracania linii, zmuszania do licznych przesiadek i czekania po pół godziny na autobus – rozpoczął się już dawno wyczerpując powoli cierpliwość pasażerów.

Nowatorska, oszczędnościowa polityka transportowa uderzyła najmocniej w najsłabszych – na przykład ludzi w podeszłym wieku  – którzy nie są się w stanie elastycznie przystosowywać się do ciągłych zmian. Nie mówiąc już o tym, że nie mają siły na przesiadki.

Metro nie może być wytłumaczeniem dla tego negatywnego procesu. A sprawna komunikacja naziemna musi być. Nie jako dodatek do metra, ale jako równoprawny środek transportu. Rzecz jasna w zmodyfikowanej formie. Ale dla ludzi a nie dla urzędników.

ZTM powinien tak wytyczać trasy i ustalać częstotliwość kursów, żeby mieszkańcy chcieli, powtarzam chcieli, przesiąść się z samochodów na komunikację zbiorową. I choć ZTM twierdzi, że dokładnie tak robi (aby mieszkańcy chcieli) – to wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują na to, że jest dokładnie odwrotnie.

ZTM powinien, ponadto, brać pod uwagę, że w mieście mieszkają nie tylko ludzie młodzi i sprawni, ale też starzy, o ograniczonej sprawności, czy też rodzice z małymi dziećmi w wózkach.

Tymczasem „przesiadka” w naszych realiach to często kilometry przejść dla pieszych i ściganie uciekającego autobusu (bo kolejny będzie za pół godziny). Nie mówiąc już o barierach architektonicznych. Na przykład na Rondzie Waszyngtona aby dostać się z tramwaju do autobusu lub odwrotnie należy pokonać schody (windy nie ma).

ZTM wyraźnie hołduje zasadom jeszcze rodem z PRL, że zadaniem komunikacji jest zawiezienie robotników do fabryki i z powrotem. Reszta się nie liczy. W związku z czym po godzinie 9-tej rano (do mniej więcej 15-ej) oraz wieczorami i w soboty oraz niedziele – komunikacja zamiera.

Zasada, że należy się przesiadać jest do obronienia wyłącznie wówczas, gdy autobusy jeżdżą często i punktualnie. A przesiąść się można na tym samym przystanku. W każdym innym przypadku jest to ogromne utrudnienie.

Częstotliwość kursów co 30 minut powinna być wykluczona na liniach obsługujących miasto (jest do przyjęcia tylko na peryferiach). Jeśli krótką trasę pokonuje się samochodem w 15 minut, a autobusem godzinę, to nie należy się dziwić, że mieszkańcy wsiadają we własne auto. Nikt, w dzisiejszych czasach, nie może sobie pozwolić na tracenie czasu na przystanku.

Przykład Gocławia wyraźnie pokazuje, że społeczna cierpliwość zaczyna się kończyć. I nie ulega wątpliwości, że ludzie mają całkowitą rację. Wiele można, bowiem, wytrzymać ale przychodzi moment kiedy się zwyczajnie przelewa. A arogancja miejskich służb (które tradycyjnie wiedzą lepiej i nikogo nie słuchają) w niczym nie pomaga.

16 marca 2015 19:23

Komentarze