Przed wykładem i dyskusją o wpływach stalinowskiej polityki na warszawskie kluby sportowe.
W piątek 23 października o godzinie 17:00 Towarzystwo Miłośników Historii zaprasza na wykład, a po wykładzie na dyskusję o wpływie stalinowskiej polityki na sport w latach 1945-50. Pretekstu do spotkania była wystawa, eksponowana na ogrodzeniu Klubu Sportowego Polonia (ul. Konwiktorska 6). W spotkaniu w siedzibie TMH (Rynek Starego Miasta 29/31) uczestniczyć będą historycy sportu: dr Robert Gawkowski, dr hab. Artur Pasko, dr Jerzy Chełmecki.
Wstęp wolny.

Z Robertem Gawkowskim
rozmawiał Michał Pawlik.
Wpływ stalinowskiej polityki na sport – czy to trudny temat?
Bardzo trudny i wciąż słabo zbadany. W wielu opracowaniach klubowych i związkowych pokutują stereotypy i mity, a historia sportu wciąż jest nieco lekceważona. Głos historyków nadal liczy się mniej niż głos kibiców i działaczy.
Jak mam to rozumieć?
Niech Pan zwróci uwagę na historię rodzącego się tuż po wojnie piłkarstwa Warszawy. W oficjalnych opracowaniach dominuje patos i twierdzenia jak było ciężko i jak trzeba było odbudowywać z pożogi wojennej stadiony. To prawda, ale w tamtych czasach sportowcy musieli zmagać się także z systemem komunistycznym, coraz otwarciej ingerującym w sport. A system ten wybierał sobie kluby, mogące być reprezentantem nowej ideologii i w nie inwestował. Na stronie internetowej kibiców Legii, a także w wielu publikacjach, jest ten sam schemat: klub zniszczony wojną z mozołem odbudowywali jego dawni sportowcy i kibice. Na czele tej odbudowy stał wieloletni prezes klubu gen Karol Rudolf. To przecież bajka!
Czy stadion Wojska Polskiego nie był zniszczony? W życiorysie Karola Rudolfa zamieszczonym w Wikipedii, podano, że to on reaktywował Legię w czerwcu 1945 r.
Stadion WP był obiektem stosunkowo mało zniszczonym i niemal od razu można na nim było grać. A Karol Rudolf, w rzeczywistości przed wojną był wiceprezesem klubu przez trzy lata, do kraju powrócił dopiero 16 listopada 45 r. nie mógł więc zakładać klubu w czerwcu 1945 r. Późną wiosną i latem Legię tworzyli ludzie zupełnie z tym klubem wcześniej nie związani. Co gorsza, czasami wcześniej nie mieli ze sportem nic wspólnego. Byli oficerami polityczno-wychowawczymi Ludowego Wojska Polskiego. O sport im chodziło o tyle, o ile był narzędziem do promocji nowego ustroju. Ich nazwiska nie wiele mówią dzisiejszym kibicom: Julian Neuding, Fred Better, Henryk Szemberg, Ignacy Robb-Narbut, Apolinary Minecki, Eugeniusz Kuszko, Henryk Czarnik. Tylko ten ostatni miał z Legią coś wspólnego przed wojną. Też zresztą był mocno z aparatem władzy związany. Gdy 24 czerwca 1945 r. na zebraniu Warszawskiego Okręgowego Związku Piłki Nożnej, grono tych wyżej wymienionych działaczy chciało nazwać się Legią, Związek zaprotestował. Po prostu nie zauważono żadnych podobieństw między przedwojenną, a powojenną Legią, a wyżej wymienionych oficerów politycznych uznano pewnie za uzurpatorów.
Dlaczego tak było? Starzy działacze się nie buntowali? Czy poszczególne kluby nie zachowały ciągłości władzy?
Po wojnie z powodu tragedii holokaustu nie odrodziły się już kluby żydowskie (a przed wojną w stolicy niemal co trzeci klub był żydowskim). Takie kluby zaś, jak Strzelec i liczne gniazda Sokoła nie miały szans się odrodzić. Strzelec sympatyzował z Piłsudskim, Sokoły z Dmowskim, więc były „spalone” już na progu istnienia tej nowej Polski. Kluby robotnicze, choć przetrzebione wojną działały, w większości mając starych działaczy i sportowców. Gdzieś do końca 1946 r. zostawiano im względną swobodę. Ale Legia nie miała tego szczęścia i z przedwojennego klubu wojskowych niewiele zostało. Dawni członkowie klubu, najczęściej wojskowi, poginęli na wojnie, lub zostali na emigracji. Ci, którzy pozostali w Polsce, siedzieli cicho, bo byli przecież oficerami przedwojennej Polski, a sanacyjnej przeszłości bolszewicy darować nie mogli. Na przykład kierownik piłkarskiej Legii z 1936 r. Leopold Okulicki w 1945 r. siedział w więzieniu moskiewskim czekając na „proces 16”. Z punktu widzenia polityki komunistycznych władz, Legia była więc idealna do promocji nowej ideologii. Została sama nazwa i tradycja, pod którą mogli podszywać się komuniści. Wykorzystali to bez skrupułów. Niektórzy niezorientowani uwierzyli w to. Znam życiorys znakomitego piłkarza Henryka Przepiórki, zdobywcy pierwszego MP w 1946. Rozmawiałem z nim kilka lat przed śmiercią.
Ale to był zawodnik Polonii, do Legii po wojnie chyba nie należał.
Ale chciał! Przepiórka przed wojną był kibicem Legii. Wychował się na Czerniakowie i chodził na mecze wojskowych. Na Łazienkowskiej jako junior, zaczynał swą zawodniczą przygodę z piłką. W czasie wojny służył w AK i będąc żołnierzem Kedywu wysadzał niemieckie transporty. Gdy w 1945 r. wrócił do Warszawy, swe pierwsze kroki skierował naturalnie na Łazienkowską. I tam bez podania powodów nie przyjęto go do klubu. Jakiś wartownik, szeregowy żołnierz z kresowym akcentem wytłumaczył mu krótko. Panie, coś Pan głupi, z takim akowskim życiorysem tutaj pan w piłkę grać nie będziesz.
I tak, Henryk Przepiórka został polonistą.
Co dalej było z Legią?
Przez dwa pierwsze lata trudno w zespole piłkarskim Legii znaleźć warszawiaka. Większość to przyjezdni zawodnicy, tak jak Kazimierz Górski.
Wśród działaczy dominowali zaś nowi, ściśle związani z aparatem władzy oficerowie. Wspomniany Neuding był np. związany z Ministerstwem Bezpieczeństwa Publicznego, a historyk prof. Piotr Godlewski podejrzewa go nawet o służbę w NKWD. Po założeniu sekcji piłkarskiej, zakładał w Legii sekcję bokserską. Sekcję lekkoatletyczną zaś zakładała w 1946 r. grupa oficerów z Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Niezorientowanym przypomnijmy, że to właśnie KBW odpowiadał za wyłapywanie „żołnierzy wyklętych”.
Prezesem klubu w 1946 r. był dowódca Gwardii Ludowej Ignacy Robb-Narbutt, a rok później. sowiecki generał Jurij Bardiłowski. Inny czerwonoarmista Apolinary Minecki (wiceprezes klubu) jeździł po kraju i zgarniał najzdolniejszych piłkarzy pod skrzydła swego klubu. Kazimierz Górski wspominał, że gdy grał w Legii, to dopingowała go w dużej mierze wojskowa publika, krzycząc: Dawaj rebiata!
A czy Polonia też była obiektem zainteresowań służb mundurowych komunistycznej Polski.
Była i to na początku 1945 r. Swój pierwszy mecz poloniści rozegrali na stadionie w Parku Paderewskiego w marcu 1945 r. Byli wtedy klubem milicyjnym. Wtedy to przyszłość przed MKS Polonią rysowała się wspaniała. W czerwcu otwarto nawet przystań wioślarską tego milicyjnego wówczas klubu. Jednak sportowcy i działacze (w większości związani z tym klubem od dawna) zaczęli orientować się, że coś z tą opieką milicji jest nie tak. Że to ma wymiar ideologiczny. I oto we wrześniu 1945 r. nastąpił rozbrat Polonii z milicją. To był jedyny taki przypadek, że przed 1956 r. klub sportowy rezygnuje z politycznej opieki MO. No i za to Polonia oberwała. Zabrano jej stadion, dotacje, oczerniano za rzekomą współpracę z hitlerowcami i zanegowano zdobycie Mistrzostwa Warszawy. To był jakiś cud, że klub zdołał jeszcze w 1946 r. zdobyć piłkarskie mistrzostwo kraju.
No to milicja pozostała bez „swojego” klubu?
Najpierw chciała taki klub założyć od podstaw, ale to skończyło się klapą. W 1947 milicja objęła patronatem RKS Grochów i z tego po kilkunastu miesiącach powstała Gwardii Warszawa. Wszystkie kluby w Polsce o takiej nazwie były w gestii milicji. Już wkrótce zresztą, ten model zaszeregowania do odpowiednich branż, był obligatoryjny. I tak Polonia przemianowano w Kolejarza, Legię w CWKS, a Skrę w Budowlanych. Kluby zatraciły jakąkolwiek zdolność samostanowienia, a sport bezlitośnie zaczęto używać do propagowania jedynie słusznej idei.
Dziękuję za bardzo ciekawą rozmowę i zapraszamy na spotkanie w piątek 23 października o godzinie 17:00 w Towarzystwie Miłośników Historii przy Rynku Starego Miasta 29/31.

Komentarze